icon
icon
icon
icon

Już boli

                                         

            Z kryzysem powołań   kapłańskich w  Polsce jest jak z chorobą, która rozwija  się po cichu,   bez   rzucających się  w oczy objawów. Zdarza się, że chory latami  nosi taką przypadłość,  nieźle się  czuje, nic go   nie boli,   wydaje mu się, że jest zdrów. Do tej pory nigdy nie chorował,  nie  zawracał więc sobie  głowy badaniami, mimo uszu puszczał  uwagi  bliskich o  takiej czy innej grupie  ryzyka.

            Kryzys powołań kapłańskich i zakonnych w Polsce narasta co najmniej od dwóch dekad  a może  i dłużej. Najpierw nie tyle  zmniejszała się liczba kandydatów, co   rzucały się  w oczy  cechy młodych ludzi, którzy wstępowali  do seminariów; ich niezdecydowanie, rozchwiana emocjonalność, niewyraźny, żeby nie powiedzieć powierzchowny  ideał przyszłego księdza. Tłumaczyliśmy to sobie ogólnymi zmianami w mentalności młodych, liberalizmem w kulturze,  niewydolnością  wychowawczą  szkoły.

         Wszystkie te  tłumaczenia usypiały naszą  czujność. Im więcej potrafiliśmy   wymienić  przyczyn kryzysu, tym bardziej  czuliśmy się usprawiedliwieni;  to przecież nie nasza  wina, że  zmienia się kultura, styl życia, że naszą młodzież porywa   dzika  wolność. My przecież  katechizujemy, prowadzimy grupy ministranckie, chodzimy na pielgrzymki,  staramy się  reformować  nasze  duszpasterstwo. Kosztuje  nas to niemało wysiłku, czasami zdrowia, więc bez  sensu byłoby mówienie o   winie, bólu  czy  zaniedbaniu.

            W międzyczasie przyszedł kryzys rodziny, w seminariach  zaczęli pojawiać się kandydaci z rodzin niepełnych, czasami dysfunkcyjnych. Zintensyfikowaliśmy więc pracę  psychologów,  otworzyliśmy się na różnego rodzaju terapie. Niestety, coraz mniej młodych  przychodziło do kościołów, coraz  trudniej  było  znaleźć chętnych do  służby ministranckiej. Kościół  stawał się  nie tylko niemodny, ale  w niektórych  środowiskach nieakceptowany /to obciach/. Do   szerokiego  grona młodzieży mieliśmy tak naprawdę  dostęp na katechezie, która stawała się  dla wielu katechetów przyczyną utrudzenia graniczącego z  wyczerpaniem. W takiej sytuacji myśli się  raczej o własnym  przetrwaniu niż losie  Kościoła.

            Niszczące  dla  akcji powołaniowej okazały się podziały w Kościele, a  zwłaszcza  skandale życia kapłańskiego. Tych zaś  namnożyło się  w wolnej Polsce co niemiara. Wiele  racji mają ci, którzy   twierdzą, że to my, księża,   jesteśmy w  dużej mierze  odpowiedzialni za  katastrofę powołaniową. Wraz  z wolnością prasy, także  tej nieprzychylnej Kościołowi, odsłoniło się tyle gorszącego zła w naszych szeregach, że niejeden młody  człowiek poczuł się przybity  psychicznie i podłamany duchowo. Na domiar  złego  zaczęliśmy  rozliczać się publicznie, oczyszczać przed  kamerami, szukać  prawdy u prokuratorów,   po świecku demaskować struktury grzechu.. W emocjach rozliczeń  zagłuszyliśmy nawet najmniejsze  oznaki bólu z  powodu kryzysu powołań.

            Brak bólu usypiał naszą  czujność tym bardziej, że   księży ci u nas do niedawna było w bród,  etaty wikariacie poobsadzane,  ba na nominację proboszczowską trzeba czekać  przeszło dwadzieścia  lat.  To skłaniało wielu  nie tylko do zdecydowanego zaprzeczania kryzysowi, ale traktowania jako malkontentów  duchowych tych, którzy mówią o kryzysie.  Niektórzy  mówią  w tym kontekście o  nieprzystającym duchownym  braku zaufania do  Pana Boga;  przecież On  troszczy się  o swój Kościół. Tu wszelka oznaka bólu  byłaby chyba hipochondrią.

            Tak było do  czasu. Teraz, kiedy w  seminariach  pojawia  się  na pierwszym roku kilku kandydatów, a w niektórych diecezjach zdarzają  się  lata bez święceń kapłańskich, kiedy redukuje się  etaty  wikariuszowskie, nie można zamykać oczu,  szukać łatwych usprawiedliwień, tłumaczyć przyczynami ogólnymi. Kryzys powołań musi zaboleć. Poza problemami, które  stwarza sam w sobie, jest oznaką  kryzysu  Kościoła w Polsce. A to powinno zaboleć;  nas księży,  rodziców chrześcijańskich,  każdego wiernego, tak  osobiście jak i społecznie, czyli w parafiach,  zrzeszeniach,  ruchach,  stowarzyszeniach,   akcjach, odnowach itp.  Na razie nie  słyszę, żeby z  serc  wierzących w Polsce,  przecież  zatroskanych o Kościół,  wyrywał się krzyk bólu z powodu  braku  powołań.

            Oczywiście, za  takim krzykiem powinna iść właściwa terapia, lecząca choroby  naszego  Kościoła. Koniecznie jednak trzeba poczuć ból.

25. 06. 2017.