icon
icon
icon
icon

Kościół powinien nagłaśniać prawdziwe kariery

Wywiad był publikowany na portalu opoka.org.p / Serwis Edukacji Ekonomicznej /wrzesień – październik  2011 r. ks. Ireneusz Mroczkowski, Sławomir Zatwardnicki

Kościół powinien nagłaśniać prawdziwe kariery

Czy można w Kościele mówić o karierze i finansach, a jeśli tak – w jaki sposób? O to zapytaliśmy ks. Ireneusza Mroczkowskiego, przewodniczącego Stowarzyszenia Teologów Moralistów w Polsce.

 

Sławomir Zatwardnicki, OPOKA: Czy w Kościele można mówić o sukcesie/karierze?

       Ks. prał. prof. Ireneusz Mroczkowski: Jakże nie mówić o karierze, jej pozytywach i negatywach, kiedy młodzież karmiona jest wzorami fałszywych idoli. W życiu społecznym – z jednej strony – trwa wyścig szczurów, a z drugiej – młodzi ludzie, często po studiach, nie mogą znaleźć pracy. W środkach masowego przekazu lansuje się kariery zdolnych absolwentów, a przemilcza cichą i na ogół słabo opłacaną pracę młodzieży wiejskiej, zasilającej szeregi służb ochraniarskich i galerii handlowych w wielkich miastach. Problemem jest dzisiaj nie tylko mówienie o karierze i sukcesie, ale także kształtowanie prawdziwego obrazu kariery oraz pomoc dla bezrobotnych i wykorzystywanych. Na tym tle „Dzieło trzeciego tysiąclecia” fundujące stypendia dla młodzieży z małych ośrodków jest nie do przecenienia. Szkoda, że nie znajduje naśladowców.
        Powinny za tą fundacją iść działania znacznie szersze. Nagłaśnianie „karier” świętych, tych, którzy przezwyciężyli swoją słabość, np. się nawrócili, propagowanie wolontariatu, dostrzeganie w parafiach bohaterskich matek i ojców, nagradzanie gorliwych ministrantów czy lektorów, to wszystko jest uczeniem właściwego podejścia do kariery w sensie chrześcijańskim. Wiele mądrych inicjatyw podejmowanych jest w tej dziedzinie w szkole, w której katecheta powinien być promotorem nagradzania i wyróżniania nie tylko zdolnych, ale i dzielnych moralnie. Nie można zapomnieć, że konfesjonał pozostaje miejscem, gdzie bardzo często prostuje się złamane kariery i motywuje do prawdziwego sukcesu. Oby tylko spowiednicy mieli wyczulony słuch na ten wymiar chrześcijańskiego życia.



SZ: A o finansach też można mówić w Kościele?

         IM: O finansach rodzice chrześcijańscy zaczynają mówić dziecku poprzez kieszonkowe i tłumaczenie, dlaczego nie stać ich na droższe ciuchy. Katechezy szkolne, poza uczeniem cnót społecznych, powinny zawierać elementy nauki społecznej Kościoła, łącznie z takimi tematami jak własność prywatna, równość i sprawiedliwość społeczna, płacenie podatków itp.
Najważniejszą mową o finansach jest jednak życie księdza, zakonnika, biskupa, świeckiego katolika, zwłaszcza bogatego. Ich stosunek do biednych i nieuleganie konsumpcyjnemu stylowi życia są najlepszą katechezą.
      Nie można też zapomnieć o finansach w Kościele, a więc opłatach z okazji posług religijnych. Grzechem zaniedbania Kościoła w Polsce, po transformacji, jest brak reformy jego finansowania. Miarą tego zaniedbania jest nie tylko utrzymywanie takiej struktury finansowania, która stwarza ciągłą okazję do pomówień, kłótni w kancelariach parafialnych, skarg i – dodajmy – często niesprawiedliwych oskarżeń. Jakże nazwać taką strukturę? Miarą zaniedbania i jakiejś zbiorowej niemocy jest to, że na ten temat nie ma dyskusji, nie ma żadnych badań kościelnych instytutów statystycznych. Na dobrą sprawę nie znamy nawet argumentów przeciwników reformy finansowania Kościoła.

 

SZ: Gdzie trzeba by podejmować temat kariery czy finansów? Chyba raczej uroczysta homilia w kościele nie byłaby odpowiednią ku temu okazją. Kiedy i przy jakich okazjach poruszać ten temat?

       IM: Kariera i finanse dotykają tak szerokiego wachlarza tematów życia ludzkiego, ze powinno się o nich mówić i na katechezie, i w rachunku sumienia, i w czasie przygotowania do pierwszej komunii świętej (z okazji ubioru dzieci), i w czasie sprawozdań proboszczowskich z działalności w parafii, i w kazaniach na tematy społeczne, i na wydziałach finansowych i etycznych katolickich uczelni, i w Listach społecznych Episkopatu Polski oraz – oczywiście – podczas działalności katolickich stowarzyszeń: Akcji Katolickiej, Komisji Episkopatu „Iustitia et Pax”, duszpasterstw robotników, biznesmenów i innych. Dopiero wspólny wysiłek duchownych i świeckich, przecież często fachowców w sprawach społecznych, wypracowywany w toku dyskusji, a nawet sporu, z zachowaniem kultury, pobudzi społeczeństwo, w tym partie polityczne, do myślenia o dobru wspólnym.

 

SZ: Pisał Ksiądz w artykule pt „Jak mówić w Kościele o karierze?” („Homo Dei” nr 4 z 2010 r.) o schizofrenicznym stosunku do kariery, jaki prezentowali przywódcy poprzedniego ustroju. Może to zabrzmi mocno, ale czy nie podobnie jest z pasterzami Kościoła? Nie mówi się w ogóle o karierze, tak jakby nie było osób, które zainteresowane są szeroko pojętym sukcesem.

       IM: W artykule przytoczyłem autentyczne zdarzenie. Kiedy jeden z historyków użył słowa kariera w odniesieniu do biskupa z XVI w., redakcja poprosiła o zmianę słowa. Biskupi nie robią karier, ale wypełniają powołanie. Przypuszczam, że każdy z nas, pasterzy, robi codziennie rachunek sumienia i pyta, o jaką karierę mu ostatecznie chodzi. Pewnie nie zawsze nasze postanowienia poprawy są skuteczne, ponieważ – choćby słuchając głosu wiernych – dużo w naszym odnoszeniu się do ludzi, posiadanych dobrach, naszym byciu znaków karierowiczostwa. Nie możemy zapomnieć, że największym sukcesem w Kościele jest świętość. Czyż nie największe kariery zrobili ludzie święci?

 

SZ: Czy milczenie na tematy społeczne nie wynika z braku rozeznania, jak mówić do ludzi świeckich, zainteresowanych przecież tym, co można nazwać „teologią rzeczywistości ziemskich”?

          IM: Wydaje mi się, że wielu kaznodziejów uprawia uproszczoną „teologię rzeczy ziemskich” w postaci moralizowania, czasami wprost politycznego. Aby mówić właściwie na tematy społeczne w Kościele, trzeba wychodzić od Ewangelii, znać problemy społeczne najbliższego otoczenia, autentycznie nimi żyć, a więc być świadkiem miłości społecznej, która nie jest niczym innym jak spełnianiem funkcji królewskiej Jezusa Chrystusa przez kapłana. Nie trzeba tu przypominać, że funkcja królewska Chrystusa wypełniła się w służbie, oddaniu życia za innych. Kaznodzieja powinien znać ponadto zasady katolickiej nauki społecznej, mieć przynajmniej podstawową wiedzę o ekonomii i problemach społecznych. Bez tego będzie moralizował albo politykował na ambonie. I jedno i drugie jest fatalne, ale zdarza się.

 

SZ: A skoro już jesteśmy przy tym sformułowaniu – co to znaczy „teologia rzeczywistości ziemskich”?

      IM: Pod koniec drugiej wojny światowej, a więc długo przed Soborem Watykańskim II, w kręgu szczególnie teologów francuskich dojrzewało przekonanie o konieczności odpowiedzi na krytyczne uwagi Marksa i Nietzschego pod adresem chrześcijaństwa. Zarzucali oni chrześcijaństwu rzekomą pogardę wobec wartości doczesnych. Inni mówili o bierności chrześcijan w dziedzinie gospodarczej i społecznej. Tacy teologowie i myśliciele jak Chenu, Mouroux, Thils, Thibon, S. Weil starali się po wojnie pokazać znaczenie rzeczywistości ziemskich i wartości doczesnych.
      Zaczęto więc publikować prace o chrześcijańskim znaczeniu ciała, świata materialnego, ekonomii, polityki, pracy, techniki, kultury, postępu. Na Soborze Watykańskim II znalazło to swoje pozytywne ujęcie w Konstytucji Gaudium et spes: „Dla ludzi wierzących istotne jest to, że zarówno indywidualna, jak i zbiorowa działalność ludzka, czyli ten ogromny wysiłek, przez który ludzie na przestrzeni wieków starają się zmienić na lepsze warunki swego życia, rozpatrywany sam w sobie odpowiada zamysłowi Bożemu” (nr 34).

 

SZ: A może słuszne jest takie wrażenie: że z kazalnicy grzmią zwykle słowa jeśli nie potępienia samych dóbr ziemskich – co to, to nie, wszak i kaznodzieja często obrósł w nie – to w każdym razie rzekomego zbytku słuchaczy?

      IM: Jeśli nawet nie popierałbym bezpośredniego wskazywania na zbytek słuchaczy, zwłaszcza, gdy nie stoją pod amboną (tam stają raczej biedni), to jednak nie można – także w Polsce – zlekceważyć diagnozy Benjamina Barbera, który kilka lat temu napisał w pracy Skonsumowani: „Etos infantylizmu kształtuje dziś ideologię i zachowanie naszego radykalnie konsumenckiego społeczeństwa z równie przemożną siłą, jak czynnik nazywany przez Maxa Webera <etyką protestancką> kształtował kulturę społeczeństwa kapitalistycznego w jego wczesnej produkcyjnej fazie”. Wydaje się, że na ambonach, w konfesjonałach i na lekcjach religii nie znajdujemy skutecznych sposobów na konsumpcjonizm, który atakuje tak samo bogatych jak i biednych. Ethos infantylizmu czai się za horyzontem. Potrzebni są pilnie ludzie święci.

 

SZ: Na czym jednak zbytek ten miałby polegać – na wiązaniu końca z końcem? Czy nie jest tak, że przy obecnych ciężarach nakładanych na ludzi, w tym i biznesmenów, uganianie się za zyskiem nie jest w ogóle przejawem chciwości, a jedynie walką o przetrwanie-ucieczką przed bankructwem?

      IM: Kierownicy duchowi ludzi przedsiębiorczych powinni ich wspierać, tym bardziej, że to przedsiębiorcy stwarzają miejsca pracy, będące na wagę złota, zwłaszcza na wsiach i w małych miastach. Dla takich ludzi powinno się tworzyć duszpasterstwa, rekolekcje, dni skupienia. Katolicka nauka społeczna docenia ich rolę tym bardziej, że w swojej pracy skupiają sieć połączeń technicznych, handlowych, finansowych i kulturowych, a efekty ich pracy są nie tylko ekonomiczne, ale także społeczne. W tym kontekście potrzebna jest większa aktywność wiernych świeckich, specjalistów z dziedziny nauk społecznych., współpracujących z odpowiednimi Komisjami Episkopatu. Zastanawia mnie, dlaczego zanikły głosy tzw. rad społecznych, tworzonych kiedyś przy biskupach. Nic więc dziwnego, że wiele dramatycznych problemów społeczno-gospodarczych minionego dwudziestolecia rozwiązywano bez krytycznego głosu Kościoła, który pokazałby rolę ludzi przedsiębiorczych i nie zapomniał o wykluczonych.

SZ: Bardzo dziękuję za wywiad.