icon
icon
icon
icon

Bogactwo, ale nie prymitywne. Sława, ale nie infantylna

Wywiad był publikowany na portalu opoka.org.p / Serwis Edukacji Ekonomicznej /wrzesień – październik  2011 r. ks. Ireneusz Mroczkowski, Sławomir Zatwardnicki

Bogactwo, ale nie prymitywne. Sława, ale nie infantylna

    Teolog moralista, Ks. Prof. Ireneusz Mroczkowski w rozmowie ze Sławomirem Zatwardnickim: o tym, czy wolno być sławnym i bogatym oraz o rozwoju wszechstronnym i właściwym wykorzystywaniu talentów.

Sławomir Zatwardnicki, OPOKA: Czy ludzie utalentowani, bogaci i sławni to grzesznicy?

       Ks. prał. prof. Ireneusz Mroczkowski: Talenty ludzkie są darem Stwórcy. Należy je nie tylko z wdzięcznością przyjąć, ale i rozwijać, jak wynika z Jezusowej przypowieści o talentach (por. Mt 25, 14 – 30; Łk 19, 12 – 27). Powinny być traktowane jako owoc Bożego błogosławieństwa. Jeśli zrozumiemy talent jako wszelkiego rodzaju uzdolnienia (umysłowe, artystyczne, organizacyjne, sportowe), to poza poszerzaniem dobra wspólnego, przynoszą one uzasadniony wzrost zamożności i sławę ich podmiotom. W literaturze mądrościowej Starego Testamentu ubóstwo było czasami opisywane jako konsekwencja lenistwa. Grzechem jest więc marnowanie talentów, które każdy – na swoją miarę – przecież posiada. Istotnym problemem moralnym pozostaje sposób wykorzystania talentu i towarzyszącego mu bogactwa. Jeśli owoce talentu służą dobru wspólnemu, a ich autor ma świadomość obdarowania, nie ma mowy o grzechu.

 

SZ: A co ze sławą? Wolno być sławnym?

       IM: Ze „sławą” związany jest dzisiaj zasadniczy problem infantylizacji idoli. Trzeba więc rozróżniać rodzaje „sławy” i jej wykorzystanie. Krytycznie oceniając bogactwo zdobyte w sposób nieuczciwy i sławę zbudowaną na skandalach, chrześcijanie współcześni powinni jednak pytać: czy dobro wspólne nie cierpi bardziej z powodu lenistwa i niewykorzystania talentów, niż z grzesznego wykorzystania bogactwa i sławy, które – oczywiście – także mają miejsce i przez sumienie chrześcijańskie tak powinny być oceniane.

SZ: A czy nie jest tak, że ludzie sławni i bogaci mają tę wadę, że postawili na rozwój jednostronny?

        IM: Wystrzegałbym się także w tym wypadku uogólnień, które przynajmniej wobec części ludzi bogatych i sławnych są niesprawiedliwe. Dbając o swoje rodziny i wnosząc wkład do dobra wspólnego, mogą być spokojni o swoje zbawienie. Jeśli jednak pytamy, dlaczego – jak mówi Jezus – „łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”, to z powodu zachłyśnięcia się bogaczy własną mocą i zapomnienia o wartościach duchowych, religijnych i społecznych. Jeśli ludzki talent nie jest wkomponowany w dojrzałą osobowość, bardzo często rodzi egoistyczne traktowanie bogactwa i infantylne wykorzystanie sławy. Jest to o tyle żenujące, że odbywa się na oczach ciekawskich i prowadzi do dużych strat społecznych. Nie można lekceważyć społecznych struktur (np. brukowe środki przekazu), które deformują kryteria sławy i propagują prymitywny podejście do bogactwa.

 

SZ: Na podstawie artykułu Księdza pt „Jak mówić w Kościele o karierze?” („Homo Dei” nr 4 z 2010 r.) rozumiem, że postuluje Ksiądz personalistyczne podejście do kariery. Na czym miałoby ono polegać?

        IM: Realistyczny opis osoby ludzkiej pokazuje, że człowiek potrzebuje do życia dóbr, ma potrzebę znaczenia i kierowania innymi. Stąd trzy odwieczne potrzeby: posiadania, znaczenia i władzy, które mogą – na skutek grzechu pierworodnego – przerodzić się w najczęstsze ludzkie pokusy: chciwość, pychę i agresję. Psychologowie opisali degeneracje tych potrzeb u ludzi – i tych, którzy mają dużo, i tych, którzy mają mało talentów.
Personalistyczne podejście do kariery, czyli dysponowania rozwojem swoich talentów, polega najpierw na sprzeciwie wobec trzech „mistrzów podejrzliwości”: Marksa, Nietzschego i Freuda. W walce z chciwością ludzką nie sprawdziła się metoda Marksa; w walce z pychą całkowicie zawiódł Nietzsche, a agresji nie wyleczył Freud. Chrześcijański personalizm proponuje kurację chciwości, pychy i agresji poprzez wiarę, nadzieję i miłość. Naturalną chęć posiadania zabezpiecza przed wynaturzeniem zaufanie do Boga. To On jest dawcą talentu i bogactwa. Nadzieja chrześcijańska to sprawność, która uczy siły woli, panowania nad sobą, bycia autentycznym liderem, a nie zachłystującym się sobą snobem. Wreszcie miłość chrześcijańska broni przed wyścigiem szczurów i temperuje prawa rynku.

 

SZ: Czy nie jest ta koncepcja wszechstronnego rozwoju człowieka czymś jeśli nie sprzecznym z przesłaniem Jezusa, to przynajmniej czymś czyniącym Dobrą Nowinę niepotrzebną? Tak jakby sam rozum miał wystarczyć…

      IM: Koncepcja wszechstronnego rozwoju człowieka legła u podstaw wielkiej encykliki społecznej Pawła VI Populorum progressio, do której wraca Benedykt XVI w encyklice Caritas in veritate (2009). Koncepcja wszechstronnego rozwoju człowieka nie tylko jest niesprzeczna z Ewangelią, ale ukonkretnia Ewangelię Jezusa Chrystusa, która jest dobrą nowiną o Bogu-Miłości. „Miłość w Prawdzie – pisze Benedykt XVI – której Jezus Chrystus stał się świadkiem przez swoje życie ziemskie, a zwłaszcza przez swoją śmierć i zmartwychwstanie, stanowi zasadniczą siłę napędową prawdziwego rozwoju każdego człowieka i całej ludzkości” (Caritas in veritate, nr 1). Brak dyskusji w Polsce nad tą encykliką świadczy o słabości społecznego myślenia w Kościele w Polsce. Zbyt często ograniczmy naszą religijność do spraw prywatnych.

 

SZ: Czy w ogóle można mówić o powołaniu do zajmowania się biznesem? A może każdy świecki wierzący jest mniej lub bardziej biznesmenem?

        IM: Lepiej jest mówić o przedsiębiorczości człowieka. Odpowiedź niech stanowią słowa Pawła VI: „Według planu Bożego każdy człowiek jest wezwany do rozwoju, ponieważ życie każdego człowieka jest powołaniem” (Populorum progressio, nr 15). Ponieważ każdy człowiek otrzymał talenty od Boga, więc każdy jest wezwany do ich odkrycia, pielęgnowania i rozwoju. Połączenie rozwoju z religią powinno bronić nas przed marazmem społecznym, pobudzać kreatywność społeczną i gospodarczą. Powołanie przecież domaga się wolnej i odpowiedzialnej odpowiedzi. Kiedyś zdamy sprawę z owoców naszych talentów. Dobrze jest nie zapominać o tym w codziennym rachunku sumienia.

 

SZ: Katolicka nauka społeczna podkreślając pozytywną ocenę własności prywatnej przypomina, że jest własność prywatna obciążona hipoteką społeczną. O co chodzi?

        IM: Chrześcijaństwo przyjmuje, że stwórcą dóbr jest Bóg. On jest pierwszym właścicielem wszystkiego; człowiek – jako zarządca – powinien mieć poczucie moralne, że jest dzierżawcą w imieniu Boga. Bóg zaś troszczy się o wszystkich. Mówiąc więc o hipotece społecznej mamy na myśli ucelowienie społeczne wartości prywatnej. Wynika z tego ważny wniosek, jasno sformułowany w Populorum progressio: „nigdy nie można używać prawa własności ze szkodą dla dobra wspólnego. Jeżeliby zaś prawa nabyte i zasadnicze potrzeby społeczności znalazły się w konflikcie ze sobą, władza publiczna ma obowiązek starać się te zagadnienia rozwiązać przy współpracy obywateli i grup społecznych” (nr 23).

 

SZ: Interesuje mnie, czy to społeczne zobowiązanie właścicieli prywatnych powinno być jakoś egzekwowane przez państwo, czy jednak ma się urzeczywistniać dobrowolnie, na podstawie osobistej decyzji jednostek?

       IM: Ależ jest egzekwowane przez państwo w postaci np. najróżnorodniejszych podatków. Nie ma chyba dzisiaj społeczeństwa, w którym społeczne zobowiązanie własności prywatnej byłoby pozostawione dobrej woli właścicieli. Zaznaczyć przy tym należy, że współczesna wielość form własności prywatnej, skomplikowanie związku pracy i kapitału, poprawa pierwotnego podziału dochodu poprzez system ubezpieczeń i opieki społecznej na globalizującym się wolnym rynku gospodarczo-finansowym, powodują, że stajemy przed wielkimi wyzwaniami. Dają one o sobie znać podczas kryzysów gospodarczo-finansowych. One skłoniły Benedykta XVI do napisania encykliki „Caritas in veritate”.

       Niezależnie od sformalizowanej formy pomocy, która wypływa ze sprawiedliwości, Kościół pomny na zdanie Jezusa: Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie (Mt 10,8) naucza, że jałmużna dana ubogim jest jednym ze szczególnych świadectw miłości braterskiej (por. Katechizm Kościoła katolickiego, nr 2447). Chrześcijańska pamięć o ubogich powinna motywować zamożnych chrześcijan do umiarkowania w korzystaniu z bogactwa.

SZ: Bardzo dziękuję za wywiad.